Mam klatkę.
Nową.
Schodową.
Wschodową.
Filmową.
Po jawie
pojawię
się
ja.
Pa.
Na wtorek i środę to nawet nie mam co liczyć.
Czwartek? No chyba, że się poprawię.
Piątek? Już był. Chyba byłem i ja.
Na sobotę mam zbyt dużo godności, wciąż.
Wcale mnie nie pociesza, że najpewniej
Nikt nie jest niedzielą.
Parę by tu wron postawić,
tak ze trzy, pośrodku jezdni,
poobracać je dziobami
ku sobie, na śniegu gwiezdnym.
Niechby stały. Wiatr niech wionie
wzdłuż i chmurom twarze zmienia.
Chciałbym i te trzy łby wronie
ocalić od zapomnienia.
(K. I. Gałczyński)
Zasiekami kreślę zdania
nie dlatego, że złe
czy
że mi się nie podoba.
Pętam kolczasty drutem
słowa
nie do końca przeczute.
Nikt mnie już nie przekona,
że ma to cokolwiek
ze mną
wspólnego.
To nie przekora pokorna.
To tylko
właśnie tak jest.
Z niczego.
“Są nowiny,
skurwysyny, dziewczyny,
są nowiny
z wykopaliska mej skamieliny”
(Paktofonika)
Do you love me, or are you just extending goodwill?
Do you need me half as bad as you say, or are you just feeling guilt?
I’ve been burned before and I know the score
So you won’t hear me complain.
Will I be able to count on you
Or is your love in vain?
Are you so fast that you cannot see that I must have solitude?
When I am in the darkness, why do you intrude?
Do you know my world, do you know my kind
Or must I explain?
Will you let me be myself
Or is your love in vain?
Well I’ve been to the mountain and I’ve been in the wind,
I’ve been in and out of happiness.
I have dined with kings, I’ve been offered wings
And I’ve never been too impressed.
All right, I’ll take a chance, I will fall in love with you
If I’m a fool you can have the night, you can have the morning too.
Can you cook and sew, make flowers grow,
Do you understand my pain?
Are you willing to risk it all
Or is your love in vain?
(Bob Dylan, “Is Your Love In Vain”)
Jeszcze plusk,
większy biust
i kroki.
Jeszcze gest,
pierwszy śnieg
i zmroki.
Jeszcze.
A potem już.
Się
nie zmieszczę.
Stopy.
Zimne jak zima.
Mam odcisk.
Więc na niego uważaj.
Omijaj.
Jeśli mi się czasem zdarza
przy swych myślach stać na strażach
w szarym polu pod skowronkiem
nie w kościele nie w garażach…
bądź mój boże tak wspaniały
pozwól długo być ciekawym
lecz uważaj na początek
i bacz pilnie
bo rozsądek
co połyskiem ciągle wabi
często spada zbyt znienacka
no i trochę
jak morderca
niszczy wątek i chce zabić
głowa to jest jak walizka
można do niej wszystko wciskać
choć skończona, to ogromna
choć nie wciskam, to nie pryska
to, co czasem widać z bliska
choć nie wciskam, to przytomna
ty pamięci zapominasz,
że ta głowa, że to skrytka,
że tę skrytkę drogocenną
łatwo stracić ? nie odzyskać…
oj czy ty mnie aby czasem
nie traktujesz jak rozbitka?
a tu pełna głowa, pełna głowa
czasem ciągnie całą resztę do dna,
czasem trzeba siły, by tak płynąć
poprzez żal i to rozchwianie,
przez gorączkę tylu złudzeń
do klasztoru wschodu słońca.
Tamta góra w mgłach stojąca
znaczy pustkę i spotkanie
(Jacek Kleyff)
Wtedy zrozumiał, co napędza świat, że przymus jest napędem istnienia, a napęd rodzi chęć, chęć zaś wymusza przystosowanie do istniejących warunków, w których ludzka istota stara się za pomocą aktywnych zmysłów wyłonić dla siebie to, co jej sprzyja, by sukces zależał już tylko od tego, czy rzeczywiście istnieją pożądane przez nas warunki, i oczywiście, przemknęło mu przez myśl, zależy także od cierpliwości i finezyjnego splotu przypadków, bowiem jak wiadomo, uwieńczone sukcesem umiejętne poruszanie się w świeci, by żyjąc tu, bujać w obłokach, przede wszystkim zależy od szczęścia.
László Krasznahorkai „Melancholia sprzeciwu” (tł. Elżbieta Sobolewska)
Zostawiam po sobie
(tak, jakbym nie mógł pozbierać):
tytoń
(co to niby lepszy, niż ten z papierosów),
zapałki
(wypalone, ale nie wiedzieć czemu mokre),
kurz
(jak każdy inny),
skarpetki
(przydeptane, tu jakaś sprzeczność w ogóle),
kawę
(rozsypaną, choć cukier chyba jeszcze gorszy),
zdjęcia
(nie dość, że stare, to niedobre),
ołówki
(nigdy nie dosyć dobrze zatemperowane),
włosy
(jak pies jakiś),
gumki
(do tych włosów, czego już nawet psy nie robią),
okruszki
(co nie mają paluszków u nóg),
książki
(bezwstydnie pod łóżkiem rozłożone),
zakładki
(do nich, od nich),
gazety
(a właściwie zawsze ich najmniej ciekawe strony),
łyżki
(które lepią się w nieskonczoność),
paragony
(troskliwie zwinięte w kulki).
Tak
(nie nadaję się do niczego).
Jeżeli tylko będziecie mieli możliwość, to zobaczcie film Bohdana Slamy pt. Szczęście. Nic o nim nie napiszę, bo nie jestem na to jeszcze gotowy. Może nigdy nie będę wystarczająco przygotowany, żeby sensownie powiedzieć coś o takim filmie? Nie szkodzi, ważne, że jest. I ważne, żebyście go sobie zobaczyli – nie czekając na nic, niczego się nie spodziewając. Żebyście go tylko zobaczyli.

A niebo
wówczas wyglądało
jakby się rzecz ogromna miała
stać
jakby natychmiast przejść musiało
w szarość, nad morzem krwi Linkego
lub
jakby doszło już do tego.
Woda w błękicie nadal stała.
I istniał jeszcze przejrzystości
wzór
poniżej bosych stóp.
Z pancerzem, godnym dna wolności
wczesnego zmierzchu czując chłód
wracały na swe miejsca raki
by mogły świecić nieba znaki
jak kawiarnianych lamp iskrzenia
w nocy
przed drugim dniem Stworzenia.
Różnice były tajemnicą,
niepodzieloną, nieodkrytą,
a ludzie mogli być muzyką
kąpiących się przed wzejściem
gwiazd.
Wzorzystą kusząc mrok spódnicą
wyszła
kochanką wspomnieć była,
samotnie przeto popatrzyła
jak drugim brzegiem
czerniał las.
W miarę porządnie złożyłem świeżo uprane ubrania, posegregowałem przedmiotki, odpowiednio poukładałem i powkładalem. No, jestem już prawie całkowicie spakowany. Jak skończę zupełnie, to jeszcze tylko pozmywam naczynia. Wykąpię się, wypiję kawę, zapalę papierosa, pokiwam się na krześle. Potem pozamykam okna, a przyjdzie za moment czas, że zamknę również drzwi. Na klucz.
Zupełnie jakbym jechał na wycieczkę.
Nie?
Szczęśliwe chwile, kiedy samemu można być “kościołem, kwartetem, rywalizacją Franciszka I z Karolem V”…